O SZKOLE ZABAWOWEJ

Autor: Jolanta Dobrzyńska
8 listopad 2017 / FILOZOFIA EDUKACJI

Każdy rodzic chciałby widzieć swoje dziecko zawsze radosne, żywe, spontaniczne, realizujące swoje pragnienia, a przy tym zaradne, chłonne wiedzy, odnoszące szkolne a potem życiowe sukcesy. Muszę Państwa rozczarować – nic z tych marzeń! Jak w każdej innej dziedzinie, tak i w wychowaniu obowiązuje zasada: im coś cenniejsze tym większym trudem trzeba za to płacić. Zasada ta daje pewną ulgę dzieciom, ale młodzież traktuje surowo.

Niech nie zwiedzie nikogo postać Pippi Langstrump, tytułowej bohaterki cyklu powieści Astrid Lindgren z lat 40. XX w. Ta urocza dziewięcioletnia dziewczynka, z piegami i marchewkowo-rudymi warkoczykami, mieszkała sama ze swą nierozłączna małpką i koniem. Mama wcześnie zmarła, tata - kapitan zaginął na morzu. Pippi ignorowała bądź odrzucała wszelkie próby ingerencji dorosłych w jej niezależne życie – uniknęła pobytu w domu dziecka, uniknęła też chodzenia do szkoły. Żyła jak chciała. Podziwiana przez rówieśników, górowała nad nimi inteligencją, fantazją, zaradnością, siłą charakteru i usłużnością.

Proszę Państwa, przypominam, to jest tylko bajka. Wydaje się, że o wiele mniej realistyczna niż ta o Kopciuszku.

W bajkę tę wielu uwierzyło i chce w nią wierzyć nadal. Na początek opanowała ona wyobraźnię i umysły Szwedów. Rodzice, odprowadzający swe dzieci do szkoły, nie mieli najczęściej pojęcia jakich przedmiotów są nauczane, bo rozmowa o szkole mogła być opacznie uznana przez dziecko za represywną. System państwowy wytworzył mechanizmy prawne zawzięcie tropiące przejawy tzw. wychowawczych nadużyć w ramach rodzicielskiej opieki. 16-latkowi kupowano mieszkanie, by wyswobodzony spod opieki rodziców mógł żyć własnym życiem.

Opowieść o Pippi Langstrump otrzymała niespodziewanie w latach 70. swoje filozoficzne ”uzasadnienie”. Stała się obrazem ideologii zwanej myślą krytyczną, a dokładniej jej nowej metody (nie)wychowywania o nazwie ANTYPEDAGOGIKA (opisanej przeze mnie w artykule p.t. W sieci nurtów wychowawczych). Sympatyczna skądinąd Pippi występowała w licznych aranżacjach filmowych powieści, obnażając hipokryzję dorosłych. Zacierała się powoli granica miedzy bajką a powstającym nowym międzynarodowym programem edukacyjnym.

Luminarze nurtu antypedagogiki przeciwstawiali się rzekomemu terrorowi jakie doświadcza dziecko ze strony dorosłych, ich wychowawczym manipulacjom i tłamszeniu młodej osobowości. Byli zwolennikami skrajnego wychowawczego permisywizmu, oznaczającego przyzwolenie na… wszystko. Na  każdą wybraną przez dziecko aktywność lub brak aktywności, na pełnię swobody autokreacji, na niezależne wybory etyczne.

Powstały w świecie szkoły, nazywane szkołami demokratycznymi, w których dziecko wszystko może ale niczego nie musi. W szkołach tych dziecko samo organizuje sobie zajęcia lub korzysta z zajęć organizowanych przez innych, może ale nie musi się uczyć, może ale nie musi przystępować do egzaminów, ma nieograniczoną swobodę życia towarzyskiego. Jedynym ograniczeniem jest nie robienie szkody innym, czego strzegą ustanawiane przez dzieci procedury. Status dzieci i dorosłych jest równy, a głos równoważny.

Według organizatorów szkół demokratycznych wspomniana metoda winna wychowywać młodych ludzi na spełnionych, umiejących odnaleźć się w życiu, sprawczych, twórczych, odpowiedzialnych, empatycznych, znających siebie i mających poczucie własnej wartości. A w rzeczywistości? W rzeczywistości jest to bajka. Taka sama jak o sympatycznej Pippi Langstrump.

Przed kilkunastoma laty delegacja z Polski odwiedziła dużą, wzorcową szkołę demokratyczną w Danii. Dzieci bawiły się w co chciały. Wydawało się, że panuje nieustanna przerwa w lekcjach. Uczniowie prowadzili swój sklep, swoją pocztę, swój tzw. ośrodek zdrowia, dysponowały własnym promem, a nawet pociągiem z lokomotywą i czterema wagonami. Delegacja weszła do dużej, świetnie wyposażonej biblioteki, aby omówić wrażenia. Padło pytanie o czytelnictwo. Okazało się, że w ostatnim półroczu nikt nie wypożyczył żadnej książki.

Później, w prywatnej rozmowie dowiedziałam się, że do tej wzorcowej duńskiej szkoły uczęszczają niemal wyłącznie dzieci z domu dziecka. Dla ucznia przyzwyczajonego do nieustannej zabawy nie ma bowiem edukacyjnej przyszłości.

Opisałam te dwie bajki – literacką fikcję i bynajmniej nie bajeczną nową rzeczywistość – ku przestrodze polskich rodziców. Szkoły demokratyczne właśnie wkroczyły energicznie w granice naszego kraju, korzystając z luki jaką daje nauczanie domowe.   

 



Dyskusje
1 komentarze/y

Octav Jurcan, 28 listopad 2017

Strzał w dziesiątkę

Od kilku lat próbuję tłumaczyć to, o czym Pani napisała. Dlatego też serdecznie dziękuję za ujęcie problemu w tak zwięzłej formie. Dzieci mają to do siebie, że chcą się bawić i trzeba im to umożliwić, ale trzeba im także stworzyć warunki, aby zabawa je stale cieszyła, a najbardziej będzie je cieszyła wówczas, gdy będzie czas pracy i czas zabawy. 

Każda forma edukacji musi uwzględniać stopień rozwoju psychiczno-emocjonalnego dziecka, żeby nauczanie nie stało się udręką zarówno dla ucznia, jak i dla nauczyciela. Jednakże w tym wydzielonym obszarze muszą już panować ustalone reguły i zasada, że to nauczyciel jest najważniejszy - nie dziecko. Dla niektórych może to zabrzmieć szorstko, a nawet okrutnie, ale jeśli odwrócimy tę hierarchię, to będziemy prowadzić zajęcia z koszem na głowie, a nasi uczniowie zrobią co najwyżej kariery biznesmenów.

Dlaczego nauczyciel jest najważniejszy? Ponieważ to on posiada wiedzę, umiejętności i doświaczenie, które są dziedzictwem wielu pokoleń kształtujących kulturę w której żyjemy, a która ma to do siebie, że wypracowała pewne zasady, które regulują życie społeczne. Radośnie bawiące się dzieci same z siebie nie mają żadnych szans na poznanie tych zasad, nie mówiąc już o przejęciu wiedzy, umiejętności i doświadczenia, czyli kapitale, który zgodnie z niepisaną tradycją są zobowiązane przekazać kolejnym pokoleniom.

Myślię, że powyższa argumentacja pomoże kolejnym osobom zrozumieć wielką wagę problemu.

Jeszcze raz serdecznie dziękuję za bardzo potrzebny artykuł.

Octav Jurcan