Działy


Lider


Piotr Marzec

Eksperci


Odzyskać przestrzeń publiczną i odbudować wspólnoty

Autor: Piotr Marzec
22 czerwiec 2017 / SPOŁECZEŃSTWO

Rok 1984

Czy zauważyliście Państwo, jak w okresie istnienia III RP zmieniała się organizacja przestrzeni publicznej i nasze funkcjonowanie w tej przestrzeni? Z podwórek i placyków osiedlowych poznikały piaskownice i place zabaw dla dzieci. To jednak nie jest tak dziwne, bo po prostu nie ma dzieci, które mogłyby się tam bawić. Stopniowo zniknęły także z naszych ulic, placów i podwórek ławki i miejsca do siedzenia, które jeszcze w latach 80-ych i 90-ych stanowiły stały element przestrzeni publicznej. Całkiem niepostrzeżenie funkcje przestrzeni publicznej zostały zredukowane  niemal wyłącznie do funkcji komunikacyjnych. Widać to w dużych miastach, ale w małych miastach i miejscowościach to wręcz bije po oczach, a zwłaszcza w dni wolne od pracy, gdy wyglądają one jak wymarłe, chyba że ludzie akurat idą na mszę do kościoła, lub z niego wracają. Place i placyki, o ile nie zostały przeznaczone na parkingi, stały się wyludnionymi, bezzasadnymi wyrwami w zabudowie, co także bardzo rzuca się w oczy, zwłaszcza w biedniejszych miejscowościach, gdzie jest mało samochodów.

Przyznajcie Państwo, że się już przyzwyczailiście do tego, że wspólna przestrzeń publiczna nie służy do spotkań z innymi ludźmi, lecz do przemieszczania się z jednego punktu do drugiego; że nie służy do przebywania razem z innymi ludźmi, lecz do przemieszczania się obok nich. Poruszamy się w monitorowanej setkami kamer przestrzeni, przemieszczając się między domem, pracą, urzędami, w których musimy załatwiać różne sprawy, sklepami (najczęściej jakimiś super-hiper-mega-giga marketami, w których nie tworzymy żadnych trwałych relacji z innymi ludźmi), a wydzielonymi, ogrodzonymi i obudowanymi licznymi regulacjami prawnymi, strefami specjalnego przeznaczenia, czyli parkingami, boiskami sportowymi, placami zabaw dla dzieci i różnymi miejscami rozrywki dla ludzi, których jeszcze na to stać. Potem wracamy do naszych ogrodzonych, przypominających twierdze lub więzienia bloków mieszkalnych, w których znajdują się nasze, czasem bardzo przestronne i komfortowe, komórki mieszkalne, których centralnym punktem jest na ogół telewizor, w III RP będący raczej narzędziem indoktrynacji, niż nośnikiem informacji i kultury.

Czy coś Wam ten obrazek przypomina? Czy obowiązująca w III RP organizacja przestrzeni publicznej i nasz sposób funkcjonowania w tej przestrzeni nie przypomina profetycznej wizji rzeczywistości, przedstawionej przez George’a Orwella w „Roku 1984”? Wierzcie mi, że skutki społeczne takiego funkcjonowania przestrzeni publicznej także są całkiem podobne do tych, które opisał Orwell.

 

Stado zamiast wspólnoty

Będę pisał o związku przestrzeni publicznej z tworzeniem się i rozpadem wspólnot społecznych, ale nim to zrobię, by uniknąć niepotrzebnych nieporozumień (takie przypadki się już zdarzały), muszę zastrzec, że to o czym piszę nie ma nic wspólnego z komunizmem, ani żadną inną lewacką ideologią kolektywistyczną. My, ludzie, jesteśmy równocześnie wspólnotowi i indywidualni. Jesteśmy zależni funkcjonalnie i emocjonalnie od innych ludzi, dlatego staramy się tworzyć różnego typu wspólnoty, zaczynając na rodzinie, a kończąc na narodzie, albo ponadnarodowej wspólnocie religijnej, dzięki którym możemy znaleźć i poczuć oparcie w innych ludziach. Nasze potrzeby wspólnotowe często przyjmują skrajną, patologiczną formę konformizmu. Jednak indywidualnie odczuwamy, indywidualnie dokonujemy wyborów naszych działań i indywidualnie odpowiadamy za nie wobec Boga i innych ludzi, nawet jeśli w naszych wyborach i działaniach kierujemy się stadnym odruchem konformisty („bo wszyscy tak robią”). Wspólnotowość i indywidualność są komplementarnymi częściami naszej natury, jedynie lewacy, negując obiektywizm prawa naturalnego i natury człowieka, przeciwstawiają je sobie, czyniąc z nich karykaturę i okaleczając tym samym człowieka.

Aby jakakolwiek wspólnota mogła powstać i dalej istnieć, potrzebuje miejsca, w którym ludzie będą mogli się stale spotykać, nawiązywać więzi emocjonalne, definiować dobro wspólne, współtworzyć i kultywować wspólną obyczajowość, kulturę i tradycję, oraz budować i umacniać swoją tożsamość wspólnotową. Bez takiego miejsca rozpada się rodzina, a wspólnota sąsiedzka staje się zbiorowiskiem obcych sobie ludzi, przypadkowo zamieszkujących ten sam budynek. Jeszcze całkiem niedawno takim miejscem integrującym wspólnotę sąsiedzką było podwórko. Miejscem integracji wspólnot lokalnych były rynki i place targowe w ich miejscowościach, a także kościół i gospoda, bez względu na to, czy się to komuś podoba, czy nie. Szlachta w czasach największej świetności Rzeczypospolitej tworzyła silnie zintegrowaną wspólnotę, ponieważ miała swoje miejsca stałych spotkań (sejmiki, zjazdy sąsiedzkie). Emigranci żyjący w diasporze, zachowują swoją tradycję i kulturę narodową gdy mają miejsca, w których mogą się stale spotykać, zachowując tym samym spoistość wspólnotową. Gdy nie mają takich miejsc, bardzo szybko zatracają swoją tożsamość narodową. Takie przykłady, pokazujące ścisły związek między miejscami wspólnotowymi w przestrzeni publicznej, a istnieniem samej wspólnoty, można długo mnożyć.

Te przykłady pokazują też, jakie są skutki społeczne braku takich miejsc – wspólnoty się rozpadają i przestają istnieć. Jednak natura nie znosi próżni, a nasze potrzeby wspólnotowe nie zanikają, dlatego wspólnoty zastępowane są przez stada, którym poczucie tożsamości, kierunek wspólnego myślenia i działania, a nawet wspólne emocje (kogo uwielbiać, a kogo nienawidzić) narzucają ich „pastuchy”. Różnica między wspólnotą i jej członkami, a stadem i osobnikami je tworzącymi jest zasadnicza – to różnica między podmiotem, a przedmiotem. Nie jest to różnica tylko formalna, lecz jak najbardziej praktyczna: przedmiot jest wartościowany, używany, wykorzystywany i utylizowany przez podmiot, a  nigdy odwrotnie.

Oczywiście, podmiotem dla uprzedmiotowionego stada jest pastuch, a tak naprawdę to właściciel stada, który się pastuchem wyręcza. W naszych, polskich (zresztą nie tylko polskich) realiach, są to wspólnoty pastuchów i właścicieli (kasta władców), które tworzyły się w miejscach wspólnotowych i w oparciu o stałe, bezpośrednie kontakty towarzyskie w tychże miejscach. Nie były to jednak place i ulice, lecz sale balowe, bankietowe i konferencyjne, oraz prywatne salony, w których od początku III RP regularnie bawiły się i bawią się nadal pospołu elity polityczne, gangsterzy, biznesmeni, sędziowie i prokuratorzy, przedstawiciele tajnych służb, oraz dziennikarze, publicyści i gwiazdy estrady i ekranu, na zawołanie robiący klakę naszym władcom. W ten sposób powstają wspólnoty o charakterze typowo mafijnym, a wszystko to jest finansowane bezpośrednio lub pośrednio (szeroko rozumiany „podatek korupcyjny”) z pieniędzy podatników.

Równocześnie z budową wspólnoty właścicieli i pastuchów III RP trwała metodyczna praca nad dezintegracją polskiego społeczeństwa i stopniowym przekształcaniem go z wspólnoty narodowej w stado – bezwolnym stadem o wiele łatwiej jest zarządzać i łatwiej je eksploatować niż wspólnotę wolnych, świadomych obywateli. Wiedza o skali tej, trwającej ćwierć wieku rabunkowej eksploatacji dopiero, teraz dopiero powoli do nas dociera.

Jednym z ważnych czynników przekształcania wspólnoty w stado była ciągła, metodyczna rozbudowa różnego typu barier nakładanych na szeroko rozumianą przestrzeń publiczną, choć trzeba uczciwie przyznać, że nie wszystkie z tych barier jest „zasługą” kast właścicieli III RP.

 

Bariery prawne i mentalne.

Jest jednak coś, co należy uznać za niewątpliwy wkład naszych władców w usuwanie nas z przestrzeni publicznej. Aby to lepiej zrozumieć, proponuję Państwu pewien eksperyment myślowy. Jaka pierwsza myśl przyjdzie Wam do głowy na hasło „zorganizujmy na podwórku lub pobliskim placyku piknik sąsiedzki”? Czy będziecie się zastanawiać nad tym, kogo zaprosić, jakie przygotować atrakcje i wyżywienie, czy jednak jakie i gdzie musicie załatwić zezwolenia? Pobawię się w jasnowidza i przyjmę, że chodzi raczej o drugi wariant, po którym przychodzi zniechęcenie i rezygnacja (czy warto w ogóle się fatygować?). To element szerszego zjawiska, jakim jest nadprodukcja różnego typu przepisów, zakazów i regulacji, którymi nieustannie zasypuje nas biurokracja i nasi legislatorzy, które mało kto jest w stanie ogarnąć, a zwłaszcza nie jest w stanie tego zrobić przeciętny, zaganiany Kowalski. To skutkuje wyuczoną biernością i bezradnością nie tylko jeśli chodzi o korzystanie z przestrzeni publicznej, ale wszelką aktywność społeczną, wykraczającą poza życie rodzinne i zawodowe.

Niezależnie od owej wyuczonej bierności (przyucza nas do tego też system państwowej edukacji), przestrzeń publiczna rzeczywiście jest obudowana licznymi barierami biurokratycznymi, których forsowanie, z roku na rok jest coraz trudniejsze, o czym mogą się przekonać nieliczni pasjonaci, nieulegający tej wyuczonej bierności.

 

Bariery estetyczne.

Kolejne bariery dla naszej wspólnotowej obecności w przestrzeni publicznej mają już inny charakter i tylko po części są zależne od naszych władców. Proponuję kolejny eksperyment. Jeśli nie chce się Wam wyjść z domu, to wyobraźcie sobie duże, proste bryły z dużymi, gładkimi powierzchniami, których jedyną ornamentyką są prostokątne podziały, tworzone przez tafle szkła, kamienia i metalowe elementy konstrukcyjne. Następnie wyobraźcie sobie pomiędzy tymi bryłami pustą powierzchnię wyłożoną kostką, pozbawioną ławek, małej architektury i zieleni, ewentualnie wzbogaconą jakimś akcentem przestrzennym, np. w formie logo jakiegoś koncernu. Odmalowałem standardowy obraz nowoczesnej architektury z przyległościami (przestrzeń publiczna). A teraz się zastanówcie, czy dobrze się czujecie w takich miejscach i czy chcecie w nich dłużej przebywać, czy może jednak ta więzienno-przemysłowa stylistyka działa na Was odpychająco i jeśli nie macie jakiejś ważnej sprawy do załatwienia, to staracie się takie miejsce czym prędzej opuścić? Pytanie jest retoryczne, ale, mam przynajmniej taką nadzieję, pozwoli Wam sobie uświadomić, że istnieją także bariery estetyczne dla wykorzystywania przestrzeni publicznej do celów wspólnotowych i, wbrew pozorom, są to bardzo silne bariery. Ta degradacja estetyczna architektury, jest elementem większego kulturowego, a nawet cywilizacyjnego zjawiska, które z konieczności muszę potraktować bardzo powierzchownie jako poboczny wątek, chociaż jest to temat bardzo ważny i rozległy, nadający się na osobny artykuł, a może nawet na książkę.

Mam tu na myśli, trwający już od blisko stu lat (od I Wojny Światowej) ciągły proces odestetyzowania, a tym samym odczłowieczania (lub jak kto woli odhumanizowania) kultury i sztuki, a zwłaszcza sztuk plastycznych. Był i jest to nadal proces przemiany sztuki od twórczości, która w poszukiwaniu nowych środków wyrazu, stopniowo redukowała formy ozdobne i odchodziła od klasycznego rozumienia piękna, aż do tego, co obecnie funkcjonuje pod nazwą „sztuka”, czyli przetwórstwo znanych i popularnych form, które ustawiane w nietypowych kontekstach, mają szokować i zaskakiwać odbiorcę. Mówiąc bardziej obrazowo, sztukę, która, jak np. Pieta Michała Anioła, tak samo dzisiaj jak przed wiekami wzrusza odbiorcę swym pięknem (gdy ją zobaczyłem w naturze, ciarki przeszły mi po plecach), zastąpiły sztuczki, którymi jednorazowo można zaskoczyć lub oburzyć odbiorcę, ale o których za kilkadziesiąt lat nikt nie będzie pamiętał, lub będą u widza wywoływać ziewnięcie znudzenia. Dla jakkolwiek rozumianego piękna nie ma miejsca w tak pojmowanej sztuce.

Ten sam proces odestetyzowania i odczłowieczenia, choć na swój specyficzny sposób, przeszła także architektura. Co ciekawe, ten proces zaczął się w architekturze od modernizmu w latach 20-ych ubiegłego wieku, czyli mniej więcej w tym samym czasie, co w sztukach plastycznych. Architektura zawsze była dziedziną artystyczno-techniczną, jednak od czasów modernizmu owa techniczna część jej natury zaczęła brać górę nad artystyczną, z czasem prawie całkowicie ją dominując. Technologia, standaryzacja, ergonomia, efektywność i potrzeby deweloperów zdominowały pracę architektów, a celem ich pracy projektowej stało się tworzenie optymalnych urządzeń mieszkalnych, biurowych, handlowych itd., najlepiej obsługujących potrzeby fizyczne i fizjologiczne człowieka. Niestety, w tej koncepcji człowiek został zredukowany do roli biomaszyny, nowoczesna architektura przestała zaspokajać tak istotne potrzeby człowieka, jak potrzeba piękna, potrzeby duchowe, wspólnotowe (społeczne), ale także potrzebę indywidualnej samorealizacji.

Zarówno sztuki plastyczne, jak i architektura, zabrnęły w ślepy zaułek, z którego bardzo trudno będzie im się wydobyć. Straty społeczne i kulturowe, jakie wynikają z owej „technologizacji” architektury, są trudne do oszacowania. Nie tylko degeneruje i degraduje jej użytkowników, ale także stała się powodem zaniku rzemiosł artystycznych. Przez setki lat kamieniarze, sztukatorzy, malarze, rzeźbiarze, snycerze, inkrustatorzy i inni przekazując swoją wiedzę z pokolenia na pokolenie, byli w stanie zrealizować każdą wizję architekta, niezależnie od aktualnej mody i obowiązującej stylistyki. Niestety, w ostatnich dziesięcioleciach ciągłość tej tradycji została przerwana i będzie naprawdę bardzo trudno ją odtworzyć.

Bariery architektoniczne

Wróćmy jednak do barier przestrzennych, utrudniających lub wręcz uniemożliwiających budowanie i utrzymywanie wspólnot lokalnych. Pisałem w poprzedniej części o usuwaniu z przestrzeni publicznej ławek, placów zabaw dla dzieci, piaskownic i małej architektury, a więc elementów, które w naturalny sposób zatrzymują ludzi, dając im szansę na nawiązanie jakiegoś trwalszego kontaktu, zwłaszcza, jeśli takie miejsce leży w najbliższej okolicy, co daje naturalną możliwość powtarzania kontaktu (wielkie centra handlowe nie spełniają tych warunków). Jeśli jednak, jakimś trafem, na podwórku zachowają się jakieś ławki, to patrole policji i straży, metodycznie nękając i legitymując gromadzących się tam tubylców, skutecznie zniechęcają ich do stałego korzystania z tych ławek. Takie obrazki regularnie widuję za moim oknem, gdzie jakimś cudem zachowały się jeszcze dwie ławki. Takimi barierami, mnożącymi się jak grzyby po deszczu, są płoty i ogrodzenia, oddzielające nasze bloki mieszkalne i nas samych od otoczenia. W ten sposób mieszkańcy sąsiednich parceli, którzy przez lata spotykali się na swoich przechodnich podwórkach, utrzymując ze sobą dobre, sąsiedzkie kontakty, nagle znajdują się w sytuacji ludzi żyjących na odległych, izolowanych wyspach.  

Kolejną barierą architektoniczną, znacząco ograniczającą nasze możliwości różnorakiego korzystania z przestrzeni publicznej, są ekrany budowane wzdłuż dróg szybkiego ruchu, które skutecznie izolują podróżnych od wszelkich bodźców zewnętrznych. Obudowane takimi ekranami drogi przypominają korytarze, którymi szczury laboratoryjne przemieszczają się wskazanymi trasami z punktu A do B. Tyle tylko, że to my jesteśmy owymi szczurami, a właściwie biomaszynami, których programowane działania są pozbawione wszelkiej spontaniczności.

 

Bariery urbanistyczne.

Bariery, o których do tej pory pisałem, reorganizują już istniejącą przestrzeń publiczną, pozbawiając ją dotychczasowych funkcji społecznych (integracyjnych) i gospodarczych (jeszcze będę o nich pisał) i redukując je wyłącznie do funkcji komunikacyjnych. Jednak nowe plany zagospodarowania przestrzennego już z założenia redukują przestrzeń publiczną wyłącznie do funkcji komunikacyjnych.

Doskonałym przykładem jest tu jedna z nowych dzielnic Warszawy, która jest na tyle duża, że w swej nazwie ma człon „miasteczko”. Dzielnicę tworzy siatka ulic, pomiędzy którą przestrzeń jest szczelnie wypełniona zabudową mieszkalną, która ma formę oddzielonych od siebie, ogrodzonych posesji przypominających zamknięte twierdze lub więzienia, przy których gdzieniegdzie zainstalowane zostały mini place zabaw dla dzieci, zredukowane do jednej drabinki i huśtawki, a przeznaczone wyłącznie dla mieszkańców danej posesji. Lokale użytkowe, wbudowane w przyziemia niektórych budynków, tworzą bardzo skromną, pozbawioną możliwości rozbudowy, infrastrukturę handlowo-usługową. Ulice, co nie powinno w tej sytuacji dziwić, są prawie całkowicie wyludnione. Mówiąc krótko, to orwellowski koszmar, w nowoczesnym opakowaniu.

Warto dodać, że po usunięciu barier, o których wcześniej pisałem, można przestrzeni publicznej w starszej zabudowie przywrócić jej pierwotne funkcje. Jednak w przypadku nowych rozwiązań urbanistycznych, zredukowana funkcjonalność (powinienem raczej napisać „dysfunkcyjność”) przestrzeni publicznej ma charakter trwały, bo jak można zmienić funkcjonalność placów, skwerów i podwórek, których nie ma?.

 

Bariera kulturowa.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat, w naszym społeczeństwie utrwalił się, przyswajany od dziecka, obyczaj spędzania wolnego czasu w dużych centrach handlowych, lub w domu przed ekranem telewizora, albo komputera, a więc w całkowitej lub częściowej izolacji od innych ludzi. To zjawisko jest w dużej mierze konsekwencją antyspołecznej reorganizacji przestrzeni publicznej. Z drugiej zaś strony, zanik wspólnot lokalnych, nasze wycofanie się do mieszkań i centrów handlowych, oraz wynikająca z tego bierność sprawiają, że nasi władcy, bez żadnego oporu z naszej strony, dalej obudowują przestrzeń publiczną kolejnymi barierami. W ten sposób powstaje błędne koło, które jak najszybciej powinniśmy przerwać, a wybory samorządowe są bardzo dobrą po temu okazją.

 

Odzyskać przestrzeń publiczną i odbudować wspólnoty.

Większość barier architektonicznych i prawnych jest uzasadniana naszym bezpieczeństwem, ale jest to bezpieczeństwo więźnia, któremu strażnicy zapewniają bezpieczeństwo, regulują tryb dnia i obszar poruszania się, ale którego nikt nie chroni przed samymi strażnikami. Bezpieczeństwo, jakie dają nam te bariery, jest iluzoryczne, a koszta społeczne i ekonomiczne są niewspółmiernie wysokie. To tak, jak byśmy kupowali hulajnogę płacąc za nią, jak za nowiutkie Ferrari, ciesząc się, że mamy czym jeździć.

Zniesienie tych barier nie wiąże się z żadnymi kosztami, a nawet wręcz przeciwnie, powinno być źródłem wielu oszczędności dla samorządów, jak choćby ograniczenie zbędnej administracji i straży miejskiej, koniecznej do obsługi i kontroli tych wszystkich barier (zwłaszcza prawnych). Ponad to, istnienie silnych wspólnot lokalnych, które mogą powstać dzięki zniesieniu tych barier, może mieć korzystny wpływ na bardziej racjonalne wydatkowanie funduszy samorządowych (kontrola społeczna).  Trudno jednak sobie wyobrazić (mi takiej wyobraźni nie starcza), by bez presji społecznej usunięcie tych barier było możliwe, a bez ich zniesienia bardzo trudno będzie odbudować wspólnoty lokalne, a w dalszej perspektywie podmiotowość Narodu.